W grze Minds Beneath Us wcielam się w kogoś, kto także się w kogoś wciela, tyle że dosłownie. MBU jest bezcielesnym bytem, który przejmuje ciało Jasona Dai i przez kilka dni nim steruje. Twierdzi, że czuje się trochę tak, jakby przechodził grę wideo w goglach VR. – Pamiętaj, że ta „gra” to moje prawdziwe życie – przypomina mu Jason.

Na jawie nie mogą się kontaktować, ale rozmawiają czasem we śnie. Chyba się nawet polubili. Zawiązuje się między nimi relacja, jakiej nikt z nas dotąd nie doświadczył. Mogę sobie co prawda wyobrazić, że we śnie nawiedzi mnie Kathy Rain i powie: skoro już musisz się pode mnie podszywać, to przynajmniej uważaj, by nie spieprzyć mi życia, zgoda?
Jednak w drugą stronę to nie działa, zamianę ról w podobnej sytuacji stanowczo wykluczam. Na gościnność z mojej strony niech Kathy ani żaden inny byt nie liczy. Nie mogłabym patrzeć spokojnie, jak ktoś podejmuje za mnie decyzje, kontrolując moje ciało i umysł od wewnątrz. Na szczęście, do tego etapu ludzkość jeszcze nie dotarła, choć jak ją znam, to tylko kwestia czasu.

W swoich ostatnich poczynaniach ludzkość tak bardzo stara się udowodnić aktualność prawa Murphy’ego, że dzisiejszym cyberpunkowym dystopiom trudno nas czymś zaszokować. Minds Beneath Us nie zaskakuje śmiałą wizją, którą odrzucilibyśmy z niedowierzaniem: „niemożliwe, żeby świat kiedyś tak wyglądał!” Dobrze wiemy, że to możliwe. Tak będzie albo już jest, a im scenariusz bardziej pesymistyczny, tym większe prawdopodobieństwo, że się spełni.
Mind beneath us – mózg czy algorytm
Nie odbieram fabuły gry jako futurologicznej fantazji, tylko raczej reportaż z naszej gwałtownie zmieniającej się rzeczywistości. W kwestii AI jesteśmy ponoć na etapie, gdy ona się wciąż od nas uczy, a my karmimy ją naszą wiedzą i głupotą – bezdenną jak czeluście internetu. Gra postąpiła tylko o krok dalej, przedstawiając nieuniknione jutro, czyli moment, w którym człowiek się zorientował, że już nie nadąża. Nie pojmuje, czego właściwie tę inteligencję nauczył i z trudem próbuje zrozumieć zasady, na jakich ona zaprogramowała mu życie.

Zdajemy też sobie sprawę z wielu zagrożeń; począwszy od banalnej utraty pracy i bezrobocia, po globalny kryzys energetyczny. Gigantyczna moc obliczeniowa wymaga przecież gigantycznego poboru energii zasilającej, który już dziś rośnie w tempie zastraszającym. Minds Beneath Us proponuje ciekawe rozwiązanie obydwu problemów, ale wątpię, by nas zadowoliło, zwłaszcza że w grze też wzbudza kontrowersje i – delikatnie mówiąc – nie do końca się sprawdza.
Gra reprezentuje gatunek zwany powieścią wizualną, więc jako taka polega w dużym stopniu na czytaniu dialogów. Na ogół to ciekawa lektura, zwłaszcza gdy rozmowa dotyczy technologii, polityki, obserwacji socjologicznych i dylematów moralnych. Podsłuchiwanie przypadkowych pogawędek przybliża realia świata przedstawionego i mentalność jego mieszkańców. Niektóre dywagacje, jak niekończące się pogaduchy o relacjach, uczuciach i odczuciach, trzeba po prostu… przeklikać. Wedle uznania, w zależności od zainteresowań.

Tak się składa, że niedawno przechodziłam demo innej chińskiej gry, która wciąż nie doczekała się premiery. Zastanawiałam się wtedy, jak to możliwe, żeby na etapie grywalnego dema postaciom w grze brakowało rysów twarzy. Czyżby to był świadomy wybór artystyczny, jakiś nowy lub nieznany mi trend? Potem zagrałam w Norco, gdzie twarz mojego awatara wyglądała jak nieporadnie naszkicowana emotka smiley. W tym wypadku miało to zapewne ułatwić identyfikację z graną postacią.
Ludzie bez twarzy, ludzie bez serc
A teraz jestem w świecie Minds Beneath Us, gdzie raczej nie chodzi o utożsamienie, bo tu nikt nie ma twarzy. Niektórzy noszą z przodu głowy okulary, inni maseczkę ochronną, ale oczu, ust ani nosa nie uświadczysz. Zabawne, że gdy pojawia się facet w hełmie z przyłbicą, inne postaci pytają zaniepokojone, dlaczego ukrywa twarz. A przecież on nie ma czego ukrywać, bo podobnie jak wszyscy pozbawiony jest twarzy. To chyba najbardziej intrygująca zagadka tej gry, która nadal mnie nurtuje.

Pozbawienie człowieka indywidualnych rysów wzmaga poczucie zagrożenia, przygnębienia i niemocy. Zuniformizowani ludzie bez twarzy, pracownicy korporacji ubrani w jednakowe mundurki jak w czasach chińskiej rewolucji kulturalnej. Szerokie ujęcia, w których człowiek wygląda jak nic nieznaczący detal na tle wielkich struktur architektonicznych i industrialnych. Podsłuch i posłuch, zależność od cudzych opinii i decyzji zwierzchników. Przekonanie, że „świata nie zmienisz”, musisz się dopasować i nie wychylać… Dla mnie – opresyjny koszmar, dla wielu być może normalne życie.
Gdyby postaci w Minds Beneath Us miały fizjonomie azjatyckie, pewnie jako ludzie Zachodu bylibyśmy skłonni rozpatrywać problematykę gry w kontekście lokalnym, zwłaszcza znając chińską historię i sytuację polityczną. Podejrzewam, że młodzi twórcy z Taiwanu chcieli tego uniknąć, a chodziło im o przekaz bardziej uniwersalny i wywołanie poczucia wspólnoty doświadczeń. Przecież to wcale nie muszą być Chiny ani tym bardziej odległa przyszłość. To może być tu i teraz.

Zniewolenie to stan umysłu. Wcale nie musi być narzucone z zewnątrz – przez ludzi, maszyny czy inne byty. Czasem bywa odpowiedzią na indywidualne potrzeby lub społeczne oczekiwania. Pełni kompleksów, pozbawieni odwagi cywilnej, przerażeni wolnością i różnorodnością bywają także moi sąsiedzi, rodacy. Marzy im się jeden naród, jedna religia i jeden fuhrer, choćby i podrzędny gangster, który tupnie nogą, ryknie na nich i weźmie za mordę. Wtedy poczują się bezpieczni.
ludzie bez twarzy ludzie bez serc
granice
mury zasieki zapory



