Zamierzałam zagrać we Future? No thanks! w lipcu, w dniu planowanej premiery, ale w ostatniej chwili ją odwołano. Cenzura Steamu dopatrzyła się w grze podejrzanej aktywności seksualnej oraz epatowania golizną i zaliczyła ją do kategorii „tylko dla dorosłych”. Niezłe osiągnięcie, jak na przygody staruszka w przeddzień eutanazji.

- Utopia nie dla każdego
- Mój kumpel Harvey
- Przestarzałe metody podrywu
- Future? No thanks! to komedia!
- Solarpunkowa przygodówka
Znając demo, wiedziałam od razu, że to jakieś nieporozumienie. Tymczasem miesiąc później gra nadal się nie ukazała, a w niektórych krajach demo wycofano. Jeśli ze względu na goliznę, to musiała bardzo poruszyć wyobraźnię pruderyjnych algorytmów. Zabawne, ale nie dla Paolo Pederciniego (Molleindustria), który pojechał na Gamecon, by prezentować swą grę akurat tam, gdzie zgodnie z przepisami ją wówczas zablokowano.
Utopia nie dla każdego
Czekałam na Future? No thanks! z nadzieją, że po cyberpunkowych dystopiach zobaczę wreszcie jakąś bardziej optymistyczną wizję przyszłości. Pastelowa kolorystyka zapowiadała, że jeśli już, to gra będzie raczej utrzymana w estetyce solar-punku, co się w pełni potwierdziło. Eksploruję z lekka futurystyczne miasto marzeń, kolorowe i pełne zieleni. Tu panele słoneczne, tam turbiny wiatrowe, po ulicach suną cichobieżne, zeroemisyjne pojazdy. Zrównoważony rozwój, ekologia, recykling, wegetarianizm, wielokulturowość, równość, inkluzywność…

Wymarzona przyszłość, ale nie dla każdego. Z pewnością nie dla sprzedawcy polis ubezpieczeniowych, którego działalność traci rację bytu w idealnym systemie. Opieka zdrowotna jest powszechna, bezpłatna i działa jak należy (przypominam, jesteśmy w utopii!). W tej sytuacji Harvey Huffstone wolał przejść na wcześniejszą emeryturę niż przekwalifikować się i zmienić pracę. Zgorzkniał, zerwał kontakty z rodziną, obecnie przebywa w domu spokojnej starości. Nie odnajduje się w nowych realiach do tego stopnia, że postanawia skorzystać z prawa do eutanazji, która z racji wieku mu przysługuje.
Mój kumpel Harvey
Wcale mu się nie dziwię. Harvey jest mentalnym reliktem minionej epoki, a nowa, nawet najdoskonalsza rzeczywistość to dla niego świat na opak. Jego wartości nie są już respektowane, a on nie uznaje aktualnie obowiązujących standardów. Takiemu zgryźliwemu dziadersowi towarzyszę w ostatnim dniu jego życia. Kto by pomyślał, że okaże się najweselszym dniem, jaki spędziłam ostatnio w wirtualnym świecie. Bawimy się razem świetnie, zapraszając wszystkich na jutrzejszy pogrzeb Harveya. Future? No thanks! to przygoda przepełniona humorem – niekoniecznie czarnym i nie tylko dziaderskim.

Rozgrywka polega tutaj na wykonywaniu questów. Od początku znamy cele sześciu nadrzędnych, a są nimi „ostatnie życzenia” Harveya, które bohater chce spełnić, zanim opuści ziemski padół. Z dzisiejszej perspektywy mogą się wydawać banalne, ale w jego świecie są prawie niemożliwe do realizacji.
W ekologicznej utopii obowiązuje menu wegetariańskie, a jemu marzy się krwisty stek – „z prawdziwej krowy”, a nie z kalafiora czy świerszcza. Napiłby się coli, której już się nie produkuje, bo przecież to „sama chemia”. Kubańskie cygaro? Zapomnij! Odkąd Kuba przeszła na kapitalizm, nałożyła embargo na amerykańskich socjalistów.
Przestarzałe metody podrywu
Niełatwo też będzie owdowiałemu staruszkowi znaleźć partnerkę, z którą mógłby po raz ostatni uprawiać seks. W dialogach Future? No thanks! dostępna jest opcja flirtowania, ale prowadzi zwykle do krępujących wpadek towarzyskich i zabawnych qui pro quo. Przestarzałe metody podrywu kompletnie się nie sprawdzają. Kobiety oskarżają Harveya o molestowanie, a w najlepszym wypadku ignorują dziaderskie umizgi. Dopiero terapeutka przytomnie zapyta: a próbowałeś z kobietami w twoim wieku?

Jak na zatwardziałego konserwatystę, bohater okazuje się całkiem sympatyczny, a nawet dość wyluzowany. Ponoć ma demencję, ale wcale tego po nim widać. Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie, wydaje się bystry, na ogół jego umysł wciąż działa sprawnie. Sarkastycznymi komentarzami trafia w czułe punkty adwersarzy, co nie przysparza mu sympatii, ale świadczy o inteligencji. Trzeba tu zaznaczyć, że Future? No thanks! jest satyrą, której ostrze nie oszczędza nikogo. Gra rozdaje przytyczki na prawo i lewo, także w sensie politycznym.
Future? No thanks! to komedia!
Śmiejemy się nie tylko z nieporadności i gaf Harveya. Bawią słabości i śmiesznostki po obu stronach barykad: politycznych, pokoleniowych czy światopoglądowych. Postaci są przerysowane właśnie po to, by tę śmieszność wydobyć. Czasem w podążaniu za modną ideologią wpadają w przesadę, sprowadzając swe ideały do absurdu.
Śmiejemy się ze starych i młodych, „prawaków” i „libków”, wyznawców teorii spiskowych i zwolenników politycznej poprawności. Dostaje się nawet demokracji, z jej paraliżującymi działanie procedurami. Pod tym względem to gra nie tyle „dla dorosłych”, co dla dobrze zorientowanych, zdolnych odczytać liczne aluzje i wyłapać dowcipne smaczki.

Autor określa Future? No thanks! jako eko-socjalistyczną utopię. Utopia z definicji przedstawia ideał niemożliwy do spełnienia, a kto doświadczył socjalizmu na własnej skórze, ten wie, że nie jest to system idealny. Prędzej czy później pojawią się w nim „błędy i wypaczenia”. Nie umknęło mojej uwadze, że w wegetariańskim raju pojawiły się kłopoty: pierwsze (zapewne chwilowe!) przerwy w dostawach warzyw. Z jakiejś przyczyny farmerzy wolą uprawiać konopie niż brokuły czy jarmuż. Na domiar złego, jak wiadomo, „wróg nie śpi”; kapitalistyczne podziemie wciąż knuje spiski, a znam kogoś, kto chętnie do spiskowców dołączy.
Solarpunkowa przygodówka
Aby wypełnić misje we Future? No thanks!, trzeba eksplorować świat, wchodzić w interakcje i rozmawiać z postaciami, najlepiej ze wszystkimi. Odsłania się wtedy więcej aktywnych punktów na mapie lub aktywują nowe opcje dialogowe w już odwiedzonych miejscach. Gdy zlokalizujemy cel, czyli zapomnianą puszkę coli lub ostatnie cygaro, trzeba jeszcze znaleźć sposób, by je zdobyć. Da się to osiągnąć podstępem, perswazją lub wykonując kolejne questy. Niektóre artefakty można po prostu nabyć drogą kupna. Płacimy telefonem (blikiem?), a niezbędną walutę (credits) zdobywamy w questach. Tak działa solarpunkowa przygodówka.

Nie napiszę „klasyczna”, bo we Future? No thanks! eksplorujemy otwarty świat, nawet jeśli ograniczony do kilku dzielnic Pittsburgha. Nie jest to też gra liniowa, skoro questy można wykonywać w dowolnej kolejności. Przynajmniej tak mi się wydawało, ale w finale trochę zwątpiłam. Nie mogłam ukończyć jednego zadania, bo niezbędna lokacja przestała w międzyczasie być aktywna. Nie jest to żadna tragedia, ale trochę żal. Jeśli rozżalonych będzie więcej, doczekamy się pewnie poprawki.
Zaznaczam, że nie był to typowy dead end, polegający na tym, że gry nie da się ukończyć. Z tym nie ma problemu, można to zrobić w każdej chwili. Wystarczyło udać się na oddział eutanazji i poprosić o dead end dla Harveya. Odbył się potem piękny pogrzeb, na który przybyli zaproszeni goście. Przyszła nawet krowa, której nie pozwoliłam Harveyowi przerobić na steki.



